FRAGMENT KSIĄŻKI

Marcin Bruczkowski

Bezsenność w Tokio

Wydawnictwo: Rosner & Wspólnicy
ISBN: 83-89217-51-1





Tokio by night

Co ja tutaj robię?
Myśl ta nie ma - wbrew pozorom - podstaw filozoficznych ani muzycznych, a jedynie odnosi się do spostrzeżenia, że pedałując cały czas mniej więcej prosto, dotarłem do punktu wyjściowego, czyli małego, ciemnego zaułka na tyłach sklepu monopolowego, prawdopodobnie w dzielnicy Kanamechoo [czyt. kanamecioo]. Prawdopodobnie, bo po dwóch latach spędzonych w Japonii moja znajomość tego piekielnego pisma jest jeszcze chwiejna: czytam ze trzysta znaków, a to zdecydowanie za mało. Coś na tym sklepie jest napisane i nawet drugi znak od lewej wygląda jakoś znajomo... - może to "nama" czyli "surowy"? Czy tak się pisze "Shinamachi?" Ulica, oczywiście, nie ma nazwy, jest za mała. Najbliższa ulica godna przyznania jej nazwy i umieszczenia na małej mapie Tokio, którą mam w kieszeni, jest jakieś pół kilometra stąd. Nie wiadomo tylko, w którą stronę. No nic, jadę dalej, coś trzeba zrobić z tą pięknie rozpoczętą nocą. Nie pierwszy raz zgubiłem się w tym piekielnym labiryncie wąskich uliczek; i na pewno nie ostatni, nie ma się czym przejmować.
Dzisiejsza nocna włóczęga ma, jak zwykle, cel krajoznawczy, a raczej: tokioznawczy. Tym razem chcę zidentyfikować lokalną świątynię w sąsiedniej dzielnicy: Kotake Mukaihara. Tokio składa się z setek małych dzielnic, które sto lat temu były wioskami i do dzisiaj zachowały swój wiejski charakter. W takiej wiosce jest więc zwykle miejscowa świątynia i związany z jej corocznym świętem festiwal uliczny. Jest łaźnia publiczna, ulica handlowa, mikroskopijny park i jeszcze mniejszy cmentarz. Wioska to najlepsze określenie, i tak właśnie tokijskie dzielnice nazywają cudzoziemcy.
Wskakuję na siodełko i już mam ruszać, kiedy w jednej z bocznych alejek okalających sklep dostrzegam coś obiecującego: automat z napojami. Zawsze warto sprawdzić - do tajników sztuki przetrwania na tokijskiej ulicy należy wiedza, że w każdej wiosce można znaleźć JEDEN automat, który - dziw nad dziwy - jest zepsuty, czyli można w nim kupić piwo, sake, czasem japońską whisky (paskudztwo) albo japońską wódkę (wyjątkowe paskudztwo) dwadzieścia cztery godziny na dobę. Podjeżdżam bliżej - JEST! Ciemne przyciski: można kupić piwo. Wszystkie przyciski do wybierania różnych puszek z piwem zgodnie z wymogami prawa japońskiego powinny być od godziny 23:00 podświetlone czerwonym znakiem "????", czyli "wyłączone".
Koło mnie taki automat jest przy sklepie rodziców Eriko, uczennicy mojej dawnej szkoły języka angielskiego. Eriko opowiedziała mi kiedyś, że to nie przez przypadek (co zawsze podejrzewałem) automat jest zepsuty. Po prostu w ten sposób miejscowy sklepikarz sprzedaje w ciągu doby więcej puszek. Kiedy przychodzi kontrola, to się go naprawia, po czym za parę dni, dziwnym trafem, psuje się automat przy innym sklepie...
Nie istnieje nic piękniejszego niż pierwszy łyk lodowatego asahi super dry w ciepłą, parną, tokijską noc.

Pokrzepiony na ciele i duchu kupuję jeszcze jedną puszkę (220 jenów, raz się żyje) i odjeżdżam szukać dalszych przygód. Daleko nie zajechałem. Dwóch miejscowych policjantów, leniwie pedałując na swoich stalowych rumakach, wyraźnie kieruje się z drugiego końca ulicy w tę stronę. Szybko przebiegam w myśli rejestr moich w miarę aktualnych grzechów, ale poza pożądaniem paru koleżanek, które nie moje są, nic nie przychodzi mi do głowy. Na szczęście picie piwa na ulicy nie jest w Japonii zakazane, nawet o drugiej nad ranem. Gorzej może z jazdą na rowerze w stanie wskazującym, ale kolega-prawnik, z którym trenuję kendo, twierdzi, że w prawie japońskim nigdzie nie ma mowy o dozwolonym poziomie promili we krwi rowerzystów.
Pan policjant zeskakuje z siodełka i elegancko salutuje:
- Dzień dobry!
- A witam, witam szacownych panów funkcjonariuszy. Piękna noc.
- Co szanowny pan tutaj robi?
- Właśnie sam zadawałem sobie to pytanie, ale, generalnie rzecz biorąc, zwiedzam.
- Zwiedza pan? To znaczy... jako turysta?
- Zwiedzam. Ten rejon gminy Toshima wydaje mi się niezwykle atrakcyjny turystycznie.
- Na rowerze?
- Na rowerze.
- Ma pan wyłączone przednie światło, to niebezpieczne.
- Jest wyłączone, bo stoję w miejscu.
- Aaaa, no tak, prawda.
Zapada cisza. Policjant sięga myślą do zbioru doświadczeń życiowych, kierujących ludzkimi reakcjami w różnych sytuacjach, ale nie znajduje tam nic, co by pomogło mu obrać dalszy kierunek rozmowy z przedstawicielem obcej cywilizacji.
- Lubi pan piwo? - pyta w końcu, widząc w mojej ręce puszkę asahi super dry.
- Tak w ogóle to niespecjalnie, ale japońskie piwo jest najlepsze na świecie, więc nie sposób go nie lubić.
Ewidentnie udzieliłem nareszcie kulturowo zrozumiałej odpowiedzi. Szeroki uśmiech obu funkcjonariuszy rozładowuje sytuację.
- No to dobrej nocy, smacznego, i proszę na siebie uważać. Gdzie pan mieszka?
- W Senkawa 3-choome , blisko stacji metra linii Yurakuchoo.
- My jesteśmy z posterunku Kanamechoo. Jest Pan teraz w 1-choome, Senkawa jest w tamtą stronę. Dobrej nocy! Gdyby zauważył pan coś podejrzanego, proszę do nas przyjechać.
- A cóż podejrzanego można zobaczyć w tym najspokojniejszym mieście świata?
- Nooo... coś. Nigdy nic nie wiadomo.
- Świetnie pan mówi po japońsku! - rzuca drugi.
Waham się przez ułamek sekundy, czy udzielić odpowiedzi kulturowo poprawnej: "Nieeee, ależ skąd, jak tak tylko, troszeczkę rozumiem...", czy alternatywnej, kierowanej do autochtonów wykazujących się pewną dozą tzw. jaja: "Dziękuję, pan też!".
Wybieram to drugie i udaje się. Śmieją się i odjeżdżają. Sympatyczni młodzi ludzie. Szkoda, że ich nie zapytałem, czy trenują kendo (wszyscy policjanci trenują kendo) i czy by nie wpadli kiedyś do mnie na piwo po treningu. No nic, nareszcie wiem, gdzie jestem i gdzie mam jechać, więc jadę. Wezmę sobie parę kaset z wypożyczalni wideo i jakoś dotrwam do rana, chyba że demon bezsenności, który męczy mnie tutaj od paru lat, akurat dziś się zlituje i zasnę przed piątą.

Wypożyczalnia już blisko i już się cieszę na małą pogawędkę z wyjątkowo przyjaznym studentem, który pracuje tam nocami, kiedy ręce automatycznie zaciskają się na hamulcach: brat-gajdzin ! Gajdzin robiący coś mało gajdzińskiego: toczący po ulicy mały wózek, na którym piętrzą się jakieś kolumny i wzmacniacze.
- Cześć! Jestem Marcin.
- Sean. Jak się masz.
- Miło cię poznać. Mieszkasz w tej okolicy?
- Tak. A ciebie to nawet widziałem na ulicy w Higashi Nagasaki.
Przemyka mi przez myśl, że parę lat temu nie miałem zwyczaju podchodzić do nieznajomych na ulicy i się im przedstawiać, a teraz wydaje mi się to normalne - oczywiście jeśli jest to gajdzin. My, cudzoziemcy, stanowimy w Japonii osobne społeczeństwo w społeczeństwie. Są wśród nas bogaci biznesmeni i biedni studenci, ale łączy nas jedno -stanowimy dla mieszkańców tej wyspy takie samo kuriozum, jakbyśmy mieli zielone różki i właśnie zeszli z pokładu UFO. Sto lat kontaktu z Zachodem niewiele zmieniło. A z tego płynie samotność i wyobcowanie. Pewnie dlatego zupełnie obcy sobie gajdzini pozdrawiają się zwykle na ulicach niczym wędrowcy w wysokich Tatrach.
Pyzata fizjonomia i śpiewny akcent nie pozostawiają wątpliwości, więc strzelam:
- Irlandczyk?
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, w istocie byłem Irlandczykiem - odpowiada Sean z szerokim uśmiechem. - A ty, chyba Niemiec?
- Blisko, ale trochę na wschód.
- Aha, Polska. Co tutaj robisz?
- Odpowiadanie na to pytanie staje się dzisiejszej nocy moim stałym zajęciem, ale cóż, opowiem ci, tylko może gdzieś usiądziemy? Pedałuję już po tej dzielnicy od dwóch godzin.
- Słuchaj, ja muszę dotachać te kolumny do domu i jeszcze wrócić po telewizor.
- ?
- No wiesz, elektronika na ulicy?
- ???
- A więc nie wiesz... Jak długo w Japonii?
- Dwa lata, a ty?
- Aaaa, weteran... I nie wiesz o ulicznej elektronice? No nic, zaraz ci wytłumaczę. Ja jestem tutaj dopiero od paru miesięcy, ale jeden miejscowy gajdzin mnie wtajemniczył. Już tu nie mieszka, ale był moim mentorem w tych pierwszych, ciężkich dniach...
- OK, to zróbmy tak: przejdę się z tobą, pomogę ci to nosić, i tak nie mam co robić, męczy mnie bezsenność. A ty opowiadaj o tej elektronice.
Ruszamy. Ja prowadzę rower, a Sean, górujący nade mną kawał wesołego Irlandczyka w moim chyba mniej więcej wieku (24 lata), z pozorną niedbałością wprawia w ruch wózek towarowy obciążony piramidą sprzętu hi-fi.
- OK, więc w Japonii jest masa bogatych ludzi, którzy co dwa lata kupują sobie najnowszy sprzęt, telewizory, magnetowidy, różne takie. Coś trzeba zrobić ze starym sprzętem, a że w tak zamożnym społeczeństwie nie ma rynku elektroniki używanej, zadanie wyrzucenia go na śmietnik przypada żonie, czyli gospodyni domowej. Gospodyni, jak sama nazwa wskazuje, jest gospodarna, i nie może przeboleć wydatku na wywóz tzw. Dużych Śmieci, czyli mebli, telewizora, itp. Co więc robi? Z nastaniem zmroku wymyka się chyłkiem z domu i zanosi stary sprzęt parę ulic dalej, zazwyczaj na próg najbliższego sklepu z elektroniką.
- I co dalej? - pytam zafascynowany.
- Są trzy wyjścia: albo sprzęt chwyci handlarz starzyzną, bo jednak trochę takich jeszcze się ostało i mają tu i ówdzie swoje budki, albo nikt go nie weźmie i rano sklep musi zamówić wywózkę Dużych Śmieci. Albo też sprzęt przygarnie do swego serca...