FRAGMENT KSIĄŻKI

Timothy Garton Ash

Teczka

Wydawnictwo:
ISBN: 83-240-0633-8




I

"OPK" na okładce teczki oznacza skrót Operative Personenkontrolle, Operacyjną Kontrolę Osób. Według Słownika Działań Polityczno-Operacyjnych, wydanie z 1985 roku, opracowanego przez Wyższą Szkołę Prawa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa, Operacyjna Kontrola Osób miała służyć do identyfikacji każdego, kto popełniłby przestępstwo według kodeksu karnego lub miałby "wrogie i negatywne nastawienie" albo też mógłby być wykorzystywany dla wrogich celów przez nieprzyjaciela. Głównym zadaniem OPK, jak wyjaśnia słownik, jest odpowiedzieć na pytanie: "kto jest kim?". Każda teczka rozpoczyna się od "raportu wstępnego" i "planu działania".
Mój raport wstępny pochodzi z marca 1981 roku. Został on przygotowany przez niejakiego porucznika Wendta i zawiera moje dane osobowe, w tym informację, że studiowałem w Berlinie Zachodnim od 1978 roku, a od stycznia do czerwca 1980 - w rzeczywistości do października - mieszkałem w "stolicy NRD" (władze Niemieckiej Republiki Demokratycznej zawsze domagały się, aby nazywać w ten sposób Berlin Wschodni). Często podróżowałem z Berlina Zachodniego do NRD i Polski. Często kontaktowałem się "z operacyjnie interesującymi osobami". Zatem "istnieją podstawy, aby podejrzewać, że G. [skrót od Garton Ash, w innych miejscach "obiekt" lub "Romeo"] umyślnie wykorzystywał swe oficjalne funkcje doktoranta i/lub dziennikarza do wykonywania działalności wywiadowczej".
Następnie porucznik Wendt dokonał przeglądu informacji, jakie wydział II/9 kontrwywiadu zebrał w tym celu we wszystkich innych wydziałach Ministerstwa. Dalej w aktach umieszczono materiały w stanie surowym: raporty z obserwacji, wyciągi z akt dotyczących mojego przyjaciela Wernera Krätschella, protestanckiego duchownego, oraz ambasady brytyjskiej, kserokopie artykułów, które napisałem o Polsce dla zachodnioniemieckiego pisma "Der Spiegel", kopie moich polskich notatek i dokumentów, wykonane podczas tajnego przeszukiwania mojego bagażu na lotnisku Schönefeld, skąd odlatywałem do Warszawy, a nawet kopie listów polecających, napisanych przez moich oksfordzkich nauczycieli dla British Council. Całość liczy 325 stron.
Raport Wendta opiera się w dużej mierze na informacjach dostarczonych przez informatorów Stasi, zwanych Inoffizielle Mitarbeiter - co dosłownie znaczy "nieoficjalni współpracownicy" - lub w skrócie IM. Byli oni podzieleni na kilka kategorii: ochrony, specjalna, operacyjna, konspiracyjna, a nawet byli tam informatorzy śledzący informatorów. Od 1989 roku skrót IM wszedł do języka niemieckiego. W każdym języku europejskim SS jest synonimem otwartego, brutalnego i bezwzględnego bestialstwa nazizmu. W języku niemieckim inicjały IM stały się synonimem rutynowych, biurokratycznych form infiltracji, zastraszania i kolaboracji, charakteryzujących niemiecką dyktaturę komunistyczną - cichszą odmianę dojrzałego totalitaryzmu. Na początku lat dziewięćdziesiątych zdarzało się często, iż prominentnych wschodnioniemieckich polityków, uczonych, dziennikarzy i duchownych identyfikowano w aktach Stasi jako IM i w rezultacie znikali oni z życia publicznego. IM jest piętnem hańby.
Jednakże najpierw musieli być zidentyfikowani. Tajna policja nadawała kryptonimy zarówno swym informatorom, jak i tym, którzy byli pod obserwacją. W rzeczywistości większość informatorów robiła to sama, a jednym z rytuałów inicjacyjnych regularnego IM było wybranie sobie tajnego kryptonimu. Po zjednoczeniu ujawniono, że Lutz Bertram, znany niewidomy wschodnioniemiecki dyskdżokej, pracował dla Stasi jako IM pod kryptonimem "Romeo". Gdybyśmy się w odpowiednim czasie spotkali, "Romeo" mógłby donosić na "Romea".
Mój raport wstępny streszcza informacje zebrane przez IM "Smitha", IM "Schuldta" oraz szczególnie przez IM "Michaelę" i jej męża KP (Osobę Kontaktową) "Georga", którego poprzednią żoną była Alice, znana jako "Czerwona Lizzy". Porucznik Wendt zauważa, że "Czerwona Lizzy" była poprzednio żoną Kima Philby'ego - najsłynniejszego szpiega sowieckiego w Wielkiej Brytanii.
Wendt stwierdza, że "G. pracuje wytrwale, z akademicką dokładnością", jednakże wykazuje "burżuazyjno-liberalne nastawienie i brak przywiązania do klasy robotniczej". "Zewnętrznie G. sprawia wrażenie człowieka dość niedbałego i ogólnie wydaje się Ťtypowym brytyjskim intelektualistąť" (ten osobliwy komplement zawdzięczam IM "Smithowi"). Niemniej jednak zabiegam o kontakty z osobami, które mogły być interesujące dla wywiadu i zdaję sprzeczne relacje z tego, co robię. W czasie podróży do Polski prawie na pewno utrzymuję "stosunki z siłami antysocjalistycznymi". Muszą więc znaleźć coś więcej, jeśli chcieliby mnie oskarżyć z artykułu 97 kodeksu karnego. Artykuł 97 mówi, że każdy, kto zbiera lub przekazuje "tajne informacje lub przedmioty" obcemu mocarstwu lub tajnym służbom, lub innym bliżej nieokreślonym "obcym organizacjom", podlega karze więzienia "na okres nie mniejszy niż pięć lat". "W szczególnie poważnych przypadkach może być zastosowana kara dożywotniego więzienia lub kara śmierci".
Następujący potem "plan działania" składa się z czterech części. Po pierwsze, uruchamia się ludzi określonych jako IM, rozpoczynając od "Smitha": "Biorąc pod uwagę subiektywne i obiektywne możliwości IM, należy stworzyć warunki do nawiązania ponownie kontaktu z Gartonem Ashem". Pisemny plan działania ma być złożony do 15 kwietnia 1981 roku. "Odpowiedzialny: porucznik Wendt". Reaktywowani mają być także "Schuldt" i "Michaela": pisemny plan porucznika Wendta do 1 maja. Co więcej, "IM z HVA I - opiekun G. na HUB [Uniwersytecie Humboldta w Berlinie]" ma zostać włączony do "działań operacyjnych".
HVA to wschodnioniemiecki wywiad. Jego pełna nazwa brzmiała Hauptverwaltung Aufklärung. Na jego czele stał Markus "Misza" Wolf. W słynnej powieści Johna le Carré Ze śmiertelnego zimna (The Spy Who Came In from the Cold) instytucja ta nosi nazwę "Abteilung". Jej pierwszy wydział - HVA I - odpowiedzialny był za wywiad w rządzie zachodnioniemieckim w Bonn.
Następnie plan zakłada "operacyjne obserwacje i śledztwo". Wśród środków, jakie należy przedsięwziąć, znajduje się dalsza obserwacja państwa Kreislów, od których Uniwersytet Humboldta wynajął dla mnie ów pokój z widokiem w głąb. Trzecia część, "kroki dodatkowe", zawiera polecenie "badań" przez wydział główny VI, odpowiedzialny za kontrolę ruchu przez granicę, oraz instrukcje dla wydziału M, by rozpoczęto "kontrolę korespondencji". Mówi się wprawdzie o "adresie G. w Berlinie Zachodnim", ale przypuszczalnie chodzi o listy wysyłane z mojego mieszkania w Berlinie Zachodnim, gdyż jedynie w szczególnych okolicznościach Stasi mogło otwierać korespondencję na Zachodzie. Następnie zlecono - znów porucznikowi Wendtowi - sporządzenie raportu, na podstawie którego można by było ocenić, czy należy przekształcić to dochodzenie OPK w Sprawę Operacyjną na pełną skalę, czyli OV. OV była najwyższą kategorią operacji, jaką objęto znanych przeciwników i krytyków reżimu. Na przykład mój przyjaciel Werner Krätschell pojawia się tutaj jako OV "Buk".
Na końcu znajduje się "współpraca z innymi jednostkami wywiadowczymi". Proponuje się koordynację działań z wydziałem XX/4 (zajmującym się infiltracją Kościołów) ze względu na moje kontakty z wielebnym "Bukiem". Należy zasięgnąć informacji "od radzieckich organów wywiadowczych na temat potencjalnego zainteresowania brytyjskiego wywiadu informacjami w sprawie Philby'ego". "Konkretną koordynację działań" należy podjąć z AG 4, by zorientować się, czy byłoby możliwe "przyłączenie" do mnie informatorów na czas moich wizyt w Polsce. AG 4 była to grupa robocza powołana przez Stasi, by śledzić alarmujący przebieg rewolucji "Solidarności" w Polsce. Odpowiedzialny: major Risse.
Podpisane przez porucznika Wendta i parafowane przez podpułkownika Kaulfussa, dowodzącego wydziałem II/9, zajmującym się wywiadami całej Europy Zachodniej.

A więc taki to był wówczas ich "plan działania". Mój plan działania obecnie jest taki, by prześledzić ich śledztwo. Będę usiłował iść tropem informatorów i funkcjonariuszy występujących w mojej sprawie, będę zaglądać do innych akt, porównywać zapisy Stasi z własnymi wspomnieniami, z dziennikiem i notatkami, jakie w tym czasie prowadziłem, oraz z historią polityczną, którą pisałem o tym okresie. Zobaczymy, co uda mi się znaleźć.
Noszący trudną do wymówienia nazwę "Urząd Federalnego Pełnomocnika do spraw Materiałów Państwowej Służby Bezpieczeństwa byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej" nazywany jest zwykle w skrócie "Urzędem Gaucka", od nazwiska Joachima Gaucka, prężnego i elokwentnego wschodnioniemieckiego pastora, który stoi na jego czele. Moja teczka pochodzi z głównego archiwum Urzędu Gaucka w Berlinie, będącego de facto dawnym głównym archiwum Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Ministerstwo posiadało ogromny kompleks biurowców, zajmujący znaczną część budynków przy Normannenstrasse we wschodniej części Berlina Wschodniego. Biura i prywatny apartament ministra zachowano w takim stanie, w jakim je opuścił: biurko z wieloma telefonami (tajnym, bardzo tajnym i super tajnym), niewielka, schludna ­sypialnia, tacka z glinianymi figurkami, które otrzymał od dzieci z Przedszkola imienia Richarda Sorge. Jest tam gliniany banan, krasnal, piesek z podpisem "Jeanine", cytrynka od "Christiny".
Większość pozostałych budynków służy teraz innym celom. Wszystkie okna na zewnątrz były dawniej zaplombowane, aby tajne dokumenty nie mogły być przeszmuglowane przez podwójnego agenta, czy po prostu wywiane przez przypadkowy podmuch. Teraz okna są otwierane. Tam gdzie kiedyś różni Kaulfussowie i Wendtowie wykonywali swe ponure zajęcia, obecnie są zwykłe biura, supermarket, sauna Ritters Sport i biuro pośrednictwa pracy. Archiwum jednak działa nadal.
W pomieszczeniu gdzie znajduje się katalog, kobiety w średnim wieku w jaskraworóżowych swetrach i plastikowych sandałach drepczą pomiędzy olbrzymimi maszynami z kartami indeksowymi. Mówię "maszynami", gdyż są to urządzenia zmechanizowane. Pudełka z kartami indeksowymi umieszczone są na osiach, jak samochodziki na karuzeli. Po przyciśnięciu klawisza z literą "K" karuzela kręci się ze zgrzytem, aż karty z literą "K" znajdą się na samej górze. Indeks F16 - skrót pochodzi od typu kart - zawiera prawdziwe nazwiska, są one jednak poszeregowane według własnego alfabetu fonetycznego Stasi, tak więc na przykład Mueller, Muller, Möller i Müller znajdują się obok siebie (pisownia nazwisk zdobytych z podsłuchów telefonicznych lub "pluskiew" nie jest pewna). Stamtąd różowe panie drepczą do indeksu F22 - ułożonego według numerów spraw - a czasami sprawdzają też księgi osobnych spraw prowadzonych przez funkcjonariuszy, po czym znajdują właściwe akta na regałach zajmujących pięć specjalnie wzmocnionych pięter budynku. Ze stukotem plastikowych sandałów archiwum wyrzuca z siebie dzienną porcję zatrutych magdalenek.
Przy końcu korytarza znajduje się "izba tradycji". Medale, popiersia Lenina, dyplomy zasługi, flagi sławiące dzieła czekistów: "Czekistą może zostać ten, kto ma chłodny umysł, gorące serce i czyste ręce (F. Dzierżyński)". Na stole leżą przedmioty przypominające słoiki z dżemem. Każdy jest starannie podpisany i zawiera kawałek brudnozielonego pluszu. Są to próbki osobistych zapachów, pobrane, aby w razie potrzeby psy mogły złapać trop. Według słownika Stasi, są to "konserwy zapachowe". Gdy tam stoję, ogarniają mnie dziwne myśli. Być może, gdzieś w tym olbrzymim budynku mój własny dawny zapach przechowywany jest wciąż jak dżem?
W pobliżu znajduje się tzw. miedziany kocioł - przestronny, obity blachą pokój, w którym Ministerstwo planowało umieścić potężny nowy system komputerowy zawierający wszystko o wszystkich. Blacha miała stanowić izolację od zewnętrznych zakłóceń elektronicznych. Zamiast tego miedziany kocioł zawiera obecnie setki worków wypchanych papierem: dokumentami podartymi w ciągu tygodni od początku masowych protestów w jesieni 1989, do szturmu na Ministerstwo z początkiem 1990 roku. Kierując się rozsądnym przypuszczeniem, że Stasi rozpoczęło niszczenie od najważniejszych i najbardziej drażliwych papierów, Urząd Gaucka usiłuje je obecnie zrekonstruować strzęp po strzępie.
Urząd Gaucka jest miejscem dziwacznym: ministerstwo prawdy okupujące dawne ministerstwo strachu. W głównym zarządzie administracyjnym w Berlinie centralnym znajdują się długie, odbijające echem korytarze z nowym zachodnioniemieckim oświetleniem i plastikowymi wykładzinami, ciągle jednak są tam nikłe pozostałości łatwego do rozpoznania wschodnioberlińskiego zapaszku. Ponurzy, brzuchaci portierzy przy drzwiach, skomplikowane przepustki dla odwiedzających, przepisy z niejasnymi punktami, formularze w trzech kopiach, rachunki - cały ten ciężki aparat niemieckiej biurokracji. A do tego jeszcze przyzwyczajenia rozrośniętego państwa dobrobytu. Podobnie jak w wielu niemieckich instytucjach, co drugi pracownik wyszedł właśnie na obiad, jest na urlopie lub "u lekarza". Tradycyjny sygnał rozpoznawczy niemieckich urzędników - Mahlzeit! (smacznego!) - rozbrzmiewa w korytarzach. "Czy mogłabym skorzystać z twojej niszczarki?" - sekretarka pyta koleżankę. Na moment staje przed oczyma kolejne ministerstwo, które skleja te pocięte dokumenty - i tak w nieskończoność.
Na razie jednak każdej stronie każdego dokumentu, jaki się dostaje do przejrzenia, archiwiści Urzędu zmieniają numerację, przybijając uważnie pieczęcie na starannej, ręcznie pisanej paginacji Stasi. Wygląda to jak parodia niemieckiej dokładności. Od jednej skrajności w drugą. Przypuszczalnie żadna dyktatura we współczesnej historii nie miała tak szeroko rozgałęzionej i fanatycznie dokładnej tajnej policji jak NRD. Żadna demokracja we współczesnej historii nie zrobiła tak wiele, by ujawnić spuściznę poprzedniej dyktatury, jak nowe Niemcy.
Specjalne prawo przyjęte przez parlament zjednoczonych Niemiec w 1991 roku szczegółowo określa sposoby korzystania z akt. Frau Schulz czytała moje akta przede mną - zgodnie z owym skrupulatnie, biurokratycznie przestrzeganym prawem. Jest ona zobowiązana sporządzić kserokopie stron, na których pojawiają się nazwiska ludzi prześladowanych przez Stasi lub niewinnych osób trzecich, następnie zamazać te nazwiska na kopiach i sporządzić kolejne kopie, by uniemożliwić odcyfrowanie zamazanych nazwisk, na przykład przy użyciu silnego światła. Ma ona także za zadanie zamazać wszystkie fragmenty zawierające informacje osobiste o innych ludziach, które nie mają bezpośredniego związku z przedmiotem śledztwa. Cóż jednak jest nieistotne, jeśli chce się zrozumieć tajną policję, która zajmowała się właśnie zbieraniem i wykorzystywaniem najdrobniejszych szczegółów z prywatnego życia?
Czytanie akt może mieć straszliwe skutki. Mam na myśli słynną już sprawę Very Wollenberger, politycznej aktywistki z parafii Wernera Krätschella z Pankow, która ze swojej teczki dowiedziała się, że jej mąż Knud donosił na nią od dnia, w którym się poznali. W niedzielę szli z dziećmi na spacer, a w poniedziałek Knud opowiadał o tym funkcjonariuszowi Stasi. Myślała, że wyszła za mąż za Knuda, dowiedziała się jednak, że jej mężem był IM "Donald" (Vera pisze o nim w pamiętniku: "Knud-Donald" lub "Donald-Knud"; rozwiedli się). Natomiast pisarz Hans Joachim Schädlich dowiedział się, że donosił na niego jego starszy brat. Odkryli to we własnych teczkach. Gdyby nie zostały otwarte, jedni byliby dalej braćmi, drudzy małżeństwem - miłość trwałaby nadal, jak twierdza zbudowana na kłamstwach.
Są także bardziej frywolne efekty uboczne. Odkąd prawo to weszło w życie, studenci Uniwersytetu Humboldta w Berlinie Wschodnim chwalą się przed dziewczynami: "Oczywiście, że złożyłem podanie o wgląd w moją teczkę. Boję się myśleć, co tam znajdę, ale po prostu muszę to wiedzieć". Ponętna Sabine jest pod wrażeniem. A potem przychodzi ten straszliwy list z Urzędu: z tego, co do tej pory udało nam się ustalić, nie ma pan teczki. Upokorzenie. Sabine odchodzi z innym, który ma.
Gdy opowiadam ludziom o mojej teczce, czasem reagują w dziwny sposób, mówiąc na przykład: "ale szczęściarz!" albo: "co za zaszczyt!". Ci, którzy mieli cokolwiek do czynienia z Europą Wschodnią, mówią: "tak, muszę poprosić o wgląd w moje akta" lub: "Gauck twierdzi, że moje prawdopodobnie są w Moskwie". Nikt nie mówi: "jestem pewien, że mnie teczki nie założyli". Można by właściwie opisać ten syndrom przy pomocy Freuda: zazdrość o teczkę.
W rzeczywistości moje akta są bardzo skromne w porównaniu z wieloma innymi. Czym jest moja pojedyncza teczka wobec trzydziestu pisarza Jürgena Fuchsa? Czym jest moich 325 stron wobec 40 tysięcy o opozycyjnym śpiewaku Wolfie Biermannie? Niemniej jednak małe kluczyki mogą czasem otworzyć duże drzwi, przez które wiedzie droga do znacznie większych pokoi. Gdziekolwiek była kiedyś tajna policja, nie tylko w Niemczech, ludzie często podnoszą argument, że jej akta są całkowicie niewiarygodne, pełne zniekształceń i zafałszowań. Czy istnieje jednak lepszy sposób weryfikacji niż sprawdzenie własnej teczki? Sam przecież wiem najlepiej, jak było naprawdę. A jakie cele przyświecały funkcjonariuszom i informatorom? Czy teczki oraz ludzie za nimi się kryjący mogą powiedzieć nam coś więcej o komunizmie, zimnej wojnie i sensie bądź nonsensie wywiadu? Systematyczne udostępnianie tajnych policyjnych akt każdemu chętnemu obywatelowi, który w nich figuruje, jest rzeczą bezprecedensową. Nigdy i nigdzie nic takiego się nie zdarzyło. Czy otwarcie teczek jest słuszne? Co dało tym, którzy byli w to zamieszani? Być może możemy z tego doświadczenia dowiedzieć się czegoś nowego o historii, o pamięci, o nas samych, o ludzkiej naturze. Mogłoby się wydawać, że zajmuję się w tej książce sobą samym, w rzeczywistości jednak mój cel jest inny. Jestem tu jedynie oknem, przypadkiem, środkiem służącym do osiągnięcia celu, przedmiotem w eksperymencie.
Aby odpowiedzieć na te pytania, muszę zbadać nie tylko teczkę, ale i życie. Życie człowieka, którym wówczas byłem. Jeżeli budzi to wątpliwości, wyjaśniam, że nie jest to to samo, co "moje życie". To, co zazwyczaj nazywamy "moim życiem", nie jest niczym innym, jak tylko wciąż na nowo pisaną wersją własnej przeszłości. "Moje życie" jest autobiografią istniejącą w naszych umysłach, z którą i dzięki której wszyscy żyjemy. To, co zdarzyło się naprawdę - to całkiem inna sprawa.
W poszukiwaniu straconego siebie szukam także straconego czasu. I odpowiedzi na pytanie: jak jedno kształtowało drugie? Czas historyczny i czas osobisty, to, co publiczne, i to, co prywatne, wielkie wydarzenia i nasze życie. Historyk Keith Thomas, pisząc o olbrzymich obszarach ludzkiego doświadczenia ignorowanych przez konwencjonalną historię polityczną, cytuje Samuela Johnsona:

Pośród tego, czego serce doświadcza, jak mało jest rzeczy,
Które mogą prawa i władcy sprawić bądź zniweczyć.

Wszelako patrząc wstecz, widzę, jak wiele z tego, czego doświadczyło przynajmniej moje serce, zostało spowodowane, wzniecone lub zniweczone przez współczesne "prawa i władców": przez odmienne ustroje Wschodu i Zachodu oraz konflikt, w jakim się znajdowały. Być może jednak Johnson nie wyraził prawdy uniwersalnej, lecz tylko cząstkową. Szczęśliwy to kraj, w którym jego słowa bywały prawdziwe.