Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 83-08-03355-5
- Złapałam wilka - szepcze duża Ewa, przewracając się w łóżku. - Dokładnie na
nowy wiek wszedł do mojego wnętrza i teraz mnie pożera. Moją krew, moje ciało.
Babcia czuła, że ten wilk mnie kiedyś dopadnie. I dopadł. Teraz nie wystarczy
zdjąć majtki i wytrzepać. On już zostanie i będzie rosnąć, rosnąć, rosnąć, a
ja będę coraz mniejsza i coraz mniej ważna. Aż zniknę. Nie, nie... Wyskrobiemy
cię, wilku, wyskrobiemy. Każdy kawałeczek. Żeby nic po tobie nie zostało.
Do autobusu szły we trójkę, bo mama odprowadzała Złotko do szkoły, potem miała
iść na zakupy.
- Chodź ze mną - powiedziała szeptem Ewa.
- Oszalałaś? To małe miasto, ludzie mnie znają, ten lekarz też.
- Nie chcę iść sama - szepnęła Ewa. - Nigdy nie byłam u ginekologa, boję się.
To musi być potworne.
- Przestań! Złotko, biegnij naprzód! Słuchaj, kretynko... Umiałaś zajść, a nie
umiesz nic z tym zrobić - syczy Teresa. - Ja w twoim wieku... - zaczyna i urywa.
- Co ty w moim wieku? - podchwytuje Ewa, patrząc na matkę podejrzliwym wzrokiem.
- Ja w twoim wieku po prostu lepiej się prowadziłam - mówi gwałtownie Teresa.
- Szanowałam się. Aha, pamiętaj, że ci nie popuszczę. Muszę wiedzieć, kto to.
Jestem twoją matką i mam prawo.
- A jak ci powiem, że było ich trzech? - pyta agresywnie Ewa.
- Idiotka - matka wzrusza ramionami.
Coś w wyrazie twarzy córki nagle ją wzrusza i niepokoi. Jej ręka nieśmiało wędruje
na ramię dziewczyny, ale zaraz się cofa.
- Ewa... Ewcia... Nie bój się. To jest jak wyrywanie zęba.
Złotko powraca do nich, pytając niecierpliwie i z urazą:
- Ewa idzie rwać zęba? I o to takie tajemnice?
- Idzie rwać zęba - przytakuje Teresa, patrząc, jak Ewa wsiada do autobusu.
- A co z tym zębem?
- Jest robaczywy - mówi Teresa.
Poczekalnia lekarska jest jasna, czysta, w oknach białe firanki, dwa gabinety
lekarskie. Na jednym ze stolików leży stos kolorowych pism. Kolorowe pismo czyta
recepcjonistka w zielonym kitlu. Kolorowe pismo ogląda, z wyrazem znudzenia,
jedna z dwóch czekających pacjentek. Druga jest w zaawansowanej ciąży.
- Kochanie, a może kupić ci czekoladki? Albo jakieś pismo, żebyś się nie nudziła?
- pyta mąż ciężarnej ze śliczną buzią Barbie i z ogromnym brzuchem. ("Ona chyba
urodzi bliźnięta", myśli Ewa).
- Patrz, ile ich tu jest, stosy. Idź już sobie. I przyjdź za trzy kwadranse.
Nie chcę czekoladek - mówi kapryśnie Barbie.
- A może kupić ci ciastko albo colę light?
Barbie kręci głową.
- Wolałabym ogórka kiszonego, ale jak byś wyglądał z ogórkiem w ręce?
Barbie chichocze i cmoka męża w policzek. Ma na sobie specjalną ciążową sukienkę,
najwyraźniej szytą na miarę, gustowną, z drogiego materiału. ("A ja bym pewnie
wszywała gumki w pasie i nosiłabym te same stare spodnie", myśli Ewa. "I żaden
facet by mnie nie pytał, czy chcę kolorowe czasopismo, czekoladkę czy colę").
Drzwi jednego z gabinetów są uchylone. Ewa zagląda z niespokojną ciekawością.
Tyłem do drzwi, na leżance, siedzi jakaś kobieta i razem z lekarzem wpatrują
się w monitor. Z taśmy cicho sączy się muzyka.
"Coś mi to przypomina... Poranek... nie, nie poranek... Popołudnie fauna, które
tata grywał na fortepianie? Czy to możliwe?"
- Widzi pani, jak ono sobie spokojnie pływa w wodach płodowych? Jak w morzu.
Jest spokojne i szczęśliwe, bo pani jest spokojna i szczęśliwa - mówi lekarz
łagodnym tonem.
- Trochę się denerwuję - wyznaje pacjentka.
- Ale tylko trochę, inaczej ono by to czuło. Ono już dużo wyczuwa. Wyczuwa pani
nastroje, je to samo, co pani zjada, choruje razem z panią, dlatego musi pani
być zdrowa. Reaguje też na dźwięki. Widzi pani, ta muzyka mu się podoba.
- Nudna taka - mówi nerwowo pacjentka.
Ewa wpatruje się w monitor. Ekran jest zielonkawy jak morze. I w tym zielonym
morzu pływa coś o dużej głowie, malutkich rączkach i nóżkach.
"Tak wygląda dziecko w brzuchu matki?", dziwi się Ewa. "Jak mały kosmita, E.T."
- Drzwi się otwarły, przepraszam panią - mówi lekarz i zamyka je, uśmiechając
się zdawkowo do Ewy. Barbie też wstała i stanęła za jej plecami, zaglądając
ciekawie do gabinetu. Podtrzymując rękami wielki brzuch, mówi:
- Bzdury jakieś... Takie dziecko to jeszcze nic nie czuje. Nic a nic. My czujemy.
Bo wszystko zawsze spada na kobiety. Ledwie dźwigam to brzuszysko... Chcę to
mieć za sobą. I nic mnie nie będzie bolało, bo jak da się im w łapę, to nie
boli. A jak do szpitala przyjdzie jakaś biedna ofiara, to rodzi jak w średniowieczu.
Drze się na cały budynek!
- Myśli pani, że ono nic jeszcze nie czuje i nie słyszy? - pyta Ewa.
Barbie otwiera szeroko niebieskie oczy:
- A jak ma słyszeć, skoro jest w środku? Gdy u nas w domu rodziły się kocięta,
tata topił je w ubikacji i mówił, że one nic nie czują, a przecież już były
na świecie!
Drzwi drugiego gabinetu otwierają się, wychodzi z nich pacjentka, a recepcjonistka
mówi, nie odrywając oczu od gazety:
- Teraz ta druga pani...
Barbie trąca Ewę:
- No, niech pani idzie. Bo ja do tamtego lekarza. Mnie też zaraz przystawią
tę kamerę do brzucha.
Ewa bardzo wolno idzie w kierunku drzwi i po raz pierwszy w życiu staje oko
w oko z fotelem ginekologicznym. Wbija weń wzrok i nawet nie widzi lekarza,
który myje ręce nad umywalką.
"To jest okropne. Okropne... Gorsze niż na filmach", myśli.
Fotel ginekologiczny:
kojarzy się Ewie z robotem z kosmosu tą swoją lśniącą, chromowaną i nieludzką
konstrukcją. Musiał go wymyślić mężczyzna, z gatunku tych, którzy od niechcenia,
szybko i sprawnie potrafią wymyślić maszynę do gilotynowania, fotel elektryczny
lub skomplikowaną machinę do tortur, taką jak na przykład "żelazna dama". Chyba
nie ma nikogo, kto leżąc na tym potworze, nie czułby upokorzenia, lęku, bezradności.
Nie ma kobiety, która słysząc rutynowe "proszę się położyć", nie postąpiłaby
krok do tyłu, w panicznym odruchu ucieczki. W każdym fotelu ginekologicznym
jest coś przeciwnego naturze ludzkiej.
"Trzeba by na nim kłaść facetów", myśli mściwie Ewa.
- Ileż ty masz lat, dziecino? - pyta łagodnie lekarz. - No, kładź się... Nie
tak, co robisz... zdejmij majtki!
Lekarz podchodzi i Ewa mocno zaciska oczy. "Nie czuć i nie myśleć. Nie czuć
i nie myśleć..."
- Hmmmm, ciąża, prawidłowa, drugi miesiąc.
- Mogę już wstać? - szepcze Ewa. "Jak mam mu dać znak, że chcę TO wyskrobać",
zastanawia się, wkładając z powrotem majtki i poprawiając spódnicę.
- Ja TEGO nie chcę - mówi wreszcie, niemal zdecydowanym tonem, gdyż podłoga
dodaje jej tej pewności, którą wcześniej odebrał fotel.
- Rozumiem. Ale wiesz, że to zabronione? - pyta lekarz.
Ewa nie wie, co odpowiedzieć, więc również pyta:
- A czy to prawda, że to nic nie boli?
- Nie boli, bo śpisz.
- I to jest prawie tak jak wyrwanie zęba?
- Nie - mówi lekarz. - Bo to jest dziecko, a nie ząb.
- To po co pan to robi? - pyta Ewa agresywnie.
- Czasem trzeba. Po to, by nie skrzywdzić dziecka. A czasem po to, by nie skrzywdzić
matki. To dziwnie brzmi, ale niekiedy to jest prawda. Bo kwestia aborcji jest
bardziej złożona, niż myślą politycy.
"W dupie mam kwestię aborcji", szepcze Ewa w myślach.
- Ale najpierw porozmawiajmy - ciągnie lekarz. - Odpowiadaj szczerze, a ja zdecyduję,
czy w ogóle to zrobię. Nie zawsze się podejmuję. Ile masz lat?
- Dziewiętnaście.
- Co robisz?
- Jestem ekspedientką.
- Masz męża?
- Nie.
- Kto jest ojcem dziecka?
Ewa milczy.
- Odpowiedz. To ważne.
- Nie wiem.
- Jak możesz nie wiedzieć? - pyta lekarz. - Jeśli mi powiesz, że było ciemno
i go nie widziałaś, to przysięgam, że cię odprawię. Nie robię tego tylko dla
forsy, naprawdę.
- To był gwałt - mówi niechętnie Ewa. - Było ich trzech. Skąd mam wiedzieć,
który jest ojcem? Wszyscy trzej? Czy tylko jeden? Nie znam się na tym.
Lekarz patrzy na nią i przygryza wargi, jakby żuł gumę.
- Jeśli gwałt, to masz prawo do zabiegu - mówi wreszcie. - Za darmo.
- I zrobi mi to pan za darmo? - ożywia się Ewa.
- Tak, ale najpierw pójdziesz i zgłosisz na policji. Potem trzeba będzie udowodnić
gwałt, a to nie zawsze jest proste. Ale jak już udowodnisz, wtedy dostaniesz
zaświadczenie z sądu, a komisja lekarska wyrazi zgodę na legalny zabieg.
Ewa wytrzeszcza oczy na lekarza.
- Przecież do tego czasu z dziesięć razy urodzę - mówi.
Lekarz milczy.
- Nie chcę, żeby tylu obcych ludzi wiedziało, że ktoś mnie zgwałcił! Ja tego
nawet w domu nie powiedziałam!
Lekarz nadal milczy.
Ja tego nawet w domu nie powiedziałam:
...bo już lepiej obcemu niż rodzicom. Tata też by milczał. Mama by wrzasnęła:
- Że też nikomu takie świństwo się nie przytrafia, tylko akurat tobie, jakbyśmy
mieli za mało kłopotów! W porządnych domach nic takiego się nie zdarza! Co ty
sobie myślisz?! Czy ty wiesz, co powiedzą znajomi? Sąsiedzi? Ludzie w mieście?
Będą pokazywać cię palcami i mówić: "To ta, co ją zgwałcili!" I wiesz, co zrobią?
Będą się zastanawiać, ile w tym było twojej winy, bo to jasne, że nie każdego
gwałcą, gwałcą tylko te dziewczyny, które tego chcą, które prowokują facetów,
które się puszczają, po których widać że chętnie by się puściły! Boże drogi,
i co my z tym teraz zrobimy... Matko Bosko Częstochowsko...!
- To ja już wolę zrobić to za pieniądze - oświadcza Ewa.
- Powiedz mi jeszcze, kto chowałby dziecko, gdyby się urodziło? - pyta lekarz.
Ewa myśli przez chwilę.
- Mama? Nie, mamę by szlag trafił. Ja? Ja nie chcę tego dziecka. I niby z czego
mam je chować, jak zarabiam osiemset złotych? Dlaczego pan o to pyta? Powinien
pan zapytać, czy mam kasę na zabieg!
- To kosztuje dwa tysiące pięćset, czyli niemało - mówi lekarz.
- Wiem - mówi potulnie Ewa i myśli w duchu: "Jezusie Maryjo, tyle forsy? Więcej
niż Marysia... Ceny znów poszły w górę? Powinnam wiedzieć, że skoro wszystko
idzie w górę, to także to. Jezu, ja się zabiję".
- Pytam, bo robię to tylko wtedy, gdy mi się wydaje, że tak będzie lepiej. Łamię
prawo, nie jestem nieomylny, ale przynajmniej jestem w zgodzie ze sobą - ciągnie
lekarz. - Ale to cię pewnie i tak nie obchodzi. Te z was, które mówią o wyrywaniu
zęba, a jest was więcej, niż sądzisz, myślą tylko, żeby się TEGO jak najszybciej
pozbyć. A ja wtedy myślę o dziecku.
Zapada cisza, a po chwili lekarz mówi:
- Przyjdź w najbliższy czwartek o siedemnastej, tu masz adres.
Ewa zmierza do drzwi, ale coś ją zatrzymuje. Jej spojrzenie pada na monitor
koło leżanki.
- To w tym je widać, tak?
- Co? - pyta lekarz.
- Teraz są takie aparaty, że można je zobaczyć?
- Kogo?
- Dziecko.
- Tak. Chcesz zobaczyć to twoje? Dobrze, ale powiedz mi szczerze, dlaczego?
- pyta lekarz z zaciekawieniem.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Czemu pan pyta?
- Co ci to da, jeśli ci powiem, że piszę pracę doktorską z pogranicza medycyny
i psychologii? - odpowiada lekarz pytaniem na pytanie.
Ewa wzrusza ramionami.
- No to kładź się, będziemy go szukać.
Ewa patrzy w monitor aparatu - i po chwili pojawia się na nim zielone morze.
"Wnętrze mojego brzucha jest zielone?", myśli zdumiona. "Nie, niemożliwe, pewnie
najwięcej jest tam czerwieni i czegoś w kolorze błota, czyli wszystko to, co
zjadłam, co strawiłam, moje jelita i moja krew".
- Nic nie widzę - mówi niepewnie.
- Patrz tutaj - lekarz dotyka palcem monitora.
- To? - dziwi się Ewa. - Wygląda jak kijanka. Albo pijawka.
- Kobiety znajdują na ogół ładniejsze określenia. Może dlatego, że chcą TO mieć
- mówi lekarz.
Ewa wpatruje się w to coś, co tkwi w jej brzuchu, co nieproszone zjawiło się
w jej wnętrzu, niemal niewidoczne, a jednak żywe. Otrząsa się.
- Czy to prawda, że ono słyszy? - pyta, nie odrywając oczu od monitora.
- Nie znam się na tym, akurat w tym się nie specjalizuję, ale słyszałem o badaniach,
które to potwierdzają.
- Od kiedy słyszy? Od początku? Od pierwszych dni, czy później? - naciska Ewa.
- Nie sądzę, żeby plemnik coś słyszał - uśmiecha się lekarz. - Albo jajeczko.
Wątpię, żeby słyszała zygota. Ale takie jak to... Hmmmm... Chyba tak. Coś słyszy.
Ewa poprawia spódnicę, obciąga sweter i zeskakuje z leżanki. Wychodzi z przychodni
z ulgą, że coś ma już za sobą, i z lękiem przed tym, co ją czeka.
- Kurwa... kurwa... kurwa... - klnie z wściekłością, nie patrząc na to, że przechodnie
jej się przyglądają. - Czułam to. Czułam. I w dodatku Ono słyszy! Co za kretyńska
sprawa. Ale co słyszy? Co Ono może słyszeć? Przecież tu nic nie ma! Zwykła ulica...
A jednak, jednak... jednak...
Ono słyszy:
nagle do uszu Ewy docierają dziesiątki dźwięków, na które wcześniej nie zwracała
uwagi. Dociera do niej codzienna muzyka ulicy - głębokie, rytmiczne sapanie
miasteczka, które nabiera oddechu, wypuszcza go, znowu nabiera, i jeszcze raz...
Dźwięki. Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk - to idzie dziewczyna w botkach na wysokich
obcasach, które wybijają melodyjny rytm na chodnikowej płycie. Szu... szu...
szu..., szurają grube, filcowe buty przechodzącej obok staruszki. Uit... uiti...
uit... - śpiewają adidasy młodego mężczyzny. Łłiiiuuuiiiii..., autobus rusza
z pobliskiego przystanku. A potem w uliczkę wpada wiatr, zawodzi krótko, spazmatycznie,
podnosi do góry kurz i śmieci, przelatuje z cichym zaśpiewem i znika.
"Tyle dźwięków?", dziwi się Ewa. "Nigdy ich nie słyszałam", myśli zaskoczona.
Rusza w stronę autobusu, stojącego przy poszarzałym skwerze. Śnieg nie przykrył
go tej zimy i resztki trawy wciąż walczą o życie. Ewa nachyla się: na jednej
z kępek siedzi mała, czerwona biedronka.
- Zdechniesz, idiotko. Co cię tu przyniosło o tej porze?
Biedronka nie ma szans. "Lepiej ją zabić", myśli rzeczowo Ewa. Powoli podnosi
czubek buta i równie powoli cofa nogę.
- Cholera - mówi półgłosem. - Co mnie obchodzi to małe gówno?
A jednak, jakby wbrew sobie, podnosi dwoma palcami nakrapiane stworzenie i trzymając
je delikatnie na dłoni, zawraca do przychodni. Wbiega do środka i kładzie owada
na jukę w donicy, poprawiając tak, aby czerwony pancerzyk w czarne kropki utrzymał
się na liściu. Biedronka rusza pospiesznie wzdłuż jaśniejszych żyłek, jakby
wytyczyły jej nagle nową ścieżkę życia. Recepcjonistka przestaje czytać kolorowy
magazyn i przygląda się Ewie podejrzliwie. Z gabinetu lekarza wychodzi Barbie.
- Jeszcze pani tu? - dziwi się na widok Ewy, a potem oznajmia z ożywieniem:
- Widziałam go na monitorze! Wygląda jak krasnoludek. A kupiłam mu już mnóstwo
ubranek! Nawet oryginalne dżinsy Diesla!
Uśmiechnięta, podtrzymując rękami duży brzuch, opuszcza przychodnię.
Ewa patrzy przez uchylone drzwi do drugiego gabinetu. Lekarz przegląda jakieś
notatki, a z kasety płynie tym razem Bach. "Ten sam Bach, co wciąż sączy się
z pokoju taty, monotonny i nudny", myśli. Przygryza w zamyśleniu wargę i wchodzi
do gabinetu.
- Pani tu nie miała umówionej wizyty! - woła recepcjonistka, ale Ewa zamyka
za sobą drzwi.
Recepcjonistka podchodzi do donicy, rozchyla liście juki i sprawdza, co Ewa
tam włożyła. Dostrzega biedronkę, strzepuje ją niedbale na podłogę i rozgniata
butem.
- Czy ono naprawdę wszystko słyszy? - pyta Ewa lekarza, który patrzy na nią
ze zdziwieniem.
- Przepraszam? O co chodzi?
- Badał pan dziecko tamtej pacjentki, puszczał mu pan muzykę. Mówił pan, że
ono słuchało. Czy ono naprawdę słyszy? - wyrzuca z siebie Ewa na jednym oddechu.
Na twarzy lekarza pojawia się zrozumienie.
- To intrygujące, tak. Granice tego, co słyszy, rozumienie tego, sposoby przewodzenia
dźwięku... Są na ten temat pewne spory, ale moim zdaniem, tak, słyszy. Zapewne
nie wszystko rozumie, ale słyszy. Może uczy się rozumieć?
Bach z zadziwiającą regularnością ofiarowuje im kolejne tony. "Zamknij się,
nudziarzu", myśli Ewa i niecierpliwie pogania lekarza:
- Na pewno słyszy? To dla mnie ważne...
- Na pewno. Założę się, że słyszy Bacha, choć nie wie, że to Bach.
Lekarz przygląda się Ewie z pewnym zniecierpliwieniem.
- Prowadzę badania nad zdolnością płodu do słyszenia. To nowa dziedzina, i nawet
nie wiem, czy ma naukową przyszłość. Teraz nie mam czasu, ale jeśli pani...
- Nie, nie. Już idę - mruczy Ewa i myśli ze strachem: "A jak mi każe płacić
za wizytę?" I dodaje ze skwapliwą rzeczowością: - Ja nic nie chcę, wpadłam ot
tak. Byłam u lekarza obok.
- Pani jest w ciąży? Tu jest taka mała książeczka... Nie, proszę się nie bać,
to za darmo. Rozwój płodu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. A w ogóle,
to może mu pani śpiewać. I mówić do niego. Myślę, że słowa słyszy jak melodię.
Ewa bierze broszurę. "Jeszcze chwila i każą płacić, bo czas to pieniądz", myśli
gniewnie. Recepcjonistka w poczekalni wciąż przygląda się jej podejrzliwie i
niechętnie.
- Gdzie moja biedronka? - pyta dziewczyna.
- Jaka biedronka? Nie ma biedronek o tej porze.
"Nie ma biedronek? ty głupia babo...", Ewa podnosi do góry środkowy palec i
mruczy cicho w jej kierunku: "Fak ju".
- Do widzenia - mówi obojętnie recepcjonistka, nie rozumiejąc jej gestu.